lba blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: zycie-w-taipei

Na NTU (moim uniwerku tutejszym) działa podobno ponad tysiąc
klubów. Klub to takie coś, co skupia ludzi lubujących się w podobnym zajęciu. Porównać
to można do naszcy organizacji studenckich, kół naukowych itp. Różnica jest
jednak znacząca pomiędzy tym co znane z polskich uczelni. Tutaj klubem może być
grupa znajomych lubiąca np. czytać wspólnie Biblię, hodować kozy, czy grać w
cymbergaja.

Jest też klub kaligrafii. Można się tam trenować w sztuce
pisania chińskich literek. To niesamowita szkoła dyscypliny i cierpliwości. W
życiu nie przypuszczałbym, że tak trudne może być pociągnięcie prostej poziomek
„kreski”. Nie wspominając już o tym, że sama kreska, kresce nie jest równa, bo
tych można naliczyć kilka rodzajów.

Zdarza mi się chodzić na ich spotkania, co piątek. Nie
powiem, ciekawe doświadczenie.

Zdjęcia poniższe pochodzą z wernisażu tego właśnie klubu,
który odbył się zeszłym tygodniem.
[więcej zdjęć tutaj]

Tajfun

1 komentarz

Miał podobno przyjść dzisiaj, a nie przyszedł. I znowu są 33
stopnie celsjusza, całkowite zachmurzenie i 80% wilgotności. A to dopiero
początek lata.

Swoją drogą, jak powiedziała moja nauczycielka chińskiego:
„tajfun i porządne trzęsienie ziemi to coś, co trzeba przeżyć”. Właśnie! Słowo: przeżyć,
wydaje się kluczowym.

 

Z Filipin już wróciłem. Przeżyłem wiele… a słowo „przeżyłem” jest najwłaściwszym, bo o przeżycie tutaj chodzi, podróżując np. trycyklem w 6 osób, w środku nocy przez dżunglę, drogą wijącą się po wzgórzach… Dobra, więcej na razie nie powiem. Uporządkuję zdjęcia najpierw. Potem podzielę się wrażeniami. A wszystko w odcinkach poświęconych kolejnym etapom podróży.

A teraz, w między czasie, prezentuję lepszą połowę mojego pokoju. Tą w której mieszkam. Druga jest pusta, bo współlokatora jak nie miałem tak nie mam… i już mieć pewnie nie będę.



I zbliżenie na pewien bardzo szczególny element wystroju. Możliwość promocji Polski możliwa tylko i wyłącznie za sprawką Dzifkanatu Przenajświętszego:)

Jest taka teoria o szoku kulturowym. Mówi ona o czterech
jego etapach, a konkretnie o: fascynacji, irytacji, adaptacji i pełnym
przystosowaniu. Obecnie przechodzę, chociaż może odpowiedniejszymi słowami byłyby:
„znajduje się” w fazie drugiej. Mam też przedziwne wrażenie, że już w niej
pozostanę. Niemniej, nie zamierzam wylewać tutaj swoich żalów wprost…
Przedstawię jednak pewną wizję, pewne marzenie, tak zwiewne
i ulotne, tak mistyczne i misterne, że wszystko co szeptem nie jest może je
zniszczyć i w pył przemienić. Idea ta, bo ideą trzeba to nazwać, zrodziła się podczas rozmowy z
Cycaszkiem na gg, który siedząc to na wymianie w Egipcie podobne przeżywa bóle.

Oto i Idea!

Stwórzmy kraj!

Ale żeby pobudzić najpierw zmysły, zacznijmy od wyobrażenia
sobie woni nagich, spoconych, brudnych arabów, palących shishe w dusznym i
małym pomieszczonku na tyłach kafejki. Aby pieszczoty zmysłów było więcej idźmy
dalej! Dorzućmy do tego sos sojowy, tofu i kupę ryb? Załóżmy, że kupa ryb to
wszystko co z morza wyciągnięte zostało, kiedyś żyło, teraz już nie żyje.

Dalej! Wprowadzimy tam wszystkich żuli świata, niech będzie
to taki tygiel międzykulturowy- kupa arabów, kupa chińczyków, kupa ryb i
ciapaci i murzyni i Zielony (niczym wisienka na torcie).

I w tym tyglu będą się warzyć wszystkie zapachy.

I musi być ciepło.

I bez klimy.

I żeby psy i koty tam szczały.

I tanie neony i prąd będzie, żeby wszystko napieprzało
kolorami, światłami i dźwiękiem.

I komary.

I dla każdego skuter bez tłumika i z wielkim klaksonem.

I jeszcze beczkę kiszonej kapusty jako odświeżacz do
powietrza.

I szczerbatego dziada bez nogi co sprzedaje chusteczki za
rogiem (z tym że brudne).

I pogrzebowe ciężarówki z grajkami na pace, całe w kwiatach oczywiście.

Niech będą tylko dziury do srania zamiast ubikacji i kosze
na zużyty papier (taki element białoruski).

To jeszcze nie wszystko!

Niech wszyscy mieszkają w przynajmniej trzydziestopiętrowych blokach, wybudowanych ściana w ścianę. Na klatce każdego będą spać żule, a dzieci będą
sikać w piwnicy. Na strychach będą gołębniki i wszystko będzie oblepione
ptasimi odchodami (specjalnie dla fanów Krakowa).

Niech będą hałdy i bieda szyby. Niech zakłady pozamykane od
czterdziestu lat się walą i straszą.

I PGR*!

A w nim hodowla małży bo to pięknie pachnie

i wielkie suszarnie glonów

I starzy ludzie, którzy z niekrytym rozrzewnieniem wspominają
jak to pięknie było za komuny.

I milicja w dużych fiatach.

I jeszcze rzeźnie w bocznych i brudnych uliczkach.

I wielbłądy.

I krowy na ulicach.

I szczurów dużo.

I ciapanych.

I dzieci, które będą się bawić zdechłymi szczurami…

… a potem je jeść.

I pociąg, w którym można spotkać wszystkich i wszystko-
zarówno w środku jak i na dachu.

I wozy zrobione z byle czego ciągnięte przez małe osiołki.

I wszędzie walające się śmieci z fast foodow i puszki po
coli.

I brak kanalizacji, a zamiast tego szambiarki jeżdżące tu i
tam, ciągnięte przez zdezelowane traktory albo muły.

 

Amen.

I świat nabiera kolorów…

 

P.S. (*) specjalnie dla fanów PGRów.

Żniwa w Bieganowie ’73

Kupiłem sobie rower. Kosztował 40zł. Ma dwa koła – trochę zardzewiałe,
siodełko i kierownicę. Ma też hamulce – nie do końca sprawne, ale zawsze:)

„A jak to tak, że tak tanio to?” – zapyta ktoś z gości
szanownych.

A bo miał miejsce tutaj targ rowerów, które porzucone gdzieś
na kampusie były, albo zarekwirowano je za złe parkowanie i nie odebrane w terminie
zostały. Zgromadzono je otóż w jednym miejscu i dnia 24 lutego roku bieżącego
sprzedano. Brygada nasza w kolejce stanęła już o 5 rano, co by najpiękniejsze*
sztuki wybrać (ceny wszystkich jednośladów takie same były, jakość różna- po prostu,
kto pierwszy ten lepszy!). No i tyle historii tej.

A oto i mój cichobieg w pełniej okazałości:

 


  • RSS