lba blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: przygody-i-wydarzenia

Jutro (a w zasadzie już dzisiaj) rozpocznie się wyprawa na Filipiny!
Będzie ciepło! Będzie słonecznie! I mam nadzieję..  będzie okazja do pobyczenia się na plaży:P

O wszystkim na pisze po powrocie oczywiście.. bo niewiadomo czy w trakcie uda się na tyle do komputera dostać.. chociaż w sumie akurat to jest sprawą drugorzędną. Bo ważniejszym jest, czy chciałoby mi się pisać coś, zamiast np. leżeć na plaży;]

Dość gadania. Wracam do pakowania.

A dla fanów Filipinów i Filipinek mam coś takiego:

Ponieważ miało to miejsce 2 tygodnie temu, a dokładniej 21
lutego tj. w sobotę, czyli dosyć dawno, a pamięć ludzka to rzecz ulotna, nie
wspominając o tym że już późno, a mi się po prostu nie chce, napiszę tylko
tyle. Byliśmy na nagraniu jednego z odcinków tajwańskiej edycji Idola.

Uwagi moje i spostrzeżenia:

- Masówa. Ilość zawodników która brała udział w odcinku (28*)
ile już wcześniej przeszło dalej.. i ilość osób, która w tym odcinku odpadła
(3) świadczy o tym., że Tajwańczycy naprawdę lubią śpiewać i ten program będzie
trwał jakiś rok :D

- Jury. Niby jadą po uczestnikach (mimo braku zrozumienia
mandaryśnkiego – wiem to!), ale puszczają ich dalej.. show musi trwać. Są
panami łączącymi niebo z ziemią – cisza – nikt nie ośmieli się zabuczeć,
odpyskować, cokolwiek! (był wyjątek) – w Polsce by to nie przeszło :P

- Tandeta. Nigdy bym nie przypuszczał, że dekoracje telewizyjne
są aż tak papierowe, tak taśmą połatane, tak uszkodzone. Wywołuje to na początku
zażenowanie – gdzie ja jestem? – potem strach – czy to się na pod nimi nie
zawali? – a potem się okazuje że w TV wygląda to całkiem całkiem.

- Brzydkie słowa. Z Adamem przeprowadziliśmy pewną prowokację.
Niestety nie słychać nas krzyczących na widowni w ramach oklasków i ogólne
uwielbienia.

- Pościelówy. Hipoteza Adama – nie da się śpiewać niczego
innego po mandaryńsku, bo wypada się z tonów i język staje się bełkotem. Taka
to romantyczna nacja:)

    * Tak, program trwał 3 godziny, a nagranie 5.

A teraz czas na foty i filmy:

1. Nasza ekipa wyznawców Benji’ego (bo żeby wejść trzeba być
fanem!). Benji był zapewniony przez Austryjaka pewnego, który był kolegą
Tajwanki (która podaje się za Australijkę) i mieszka na 2 piętrze naszego akademika,
i zaprosiła nas w ramach supportu wyżej wzmiankowanego Benji’ego. Proste? (MY = Film = minuta 6:42)

2. Prowadząca (a raczej prowadzący :P) i nasz ukochany Benji (Benji = film = minuta: 4:30)

3. Śpiewająca dziewczynka. Prawda że ma krzywe nogi? :P

Kupiłem sobie rower. Kosztował 40zł. Ma dwa koła – trochę zardzewiałe,
siodełko i kierownicę. Ma też hamulce – nie do końca sprawne, ale zawsze:)

„A jak to tak, że tak tanio to?” – zapyta ktoś z gości
szanownych.

A bo miał miejsce tutaj targ rowerów, które porzucone gdzieś
na kampusie były, albo zarekwirowano je za złe parkowanie i nie odebrane w terminie
zostały. Zgromadzono je otóż w jednym miejscu i dnia 24 lutego roku bieżącego
sprzedano. Brygada nasza w kolejce stanęła już o 5 rano, co by najpiękniejsze*
sztuki wybrać (ceny wszystkich jednośladów takie same były, jakość różna- po prostu,
kto pierwszy ten lepszy!). No i tyle historii tej.

A oto i mój cichobieg w pełniej okazałości:

 

czyli koncert muzyki pochodzącej z gier komputerowych, granej
przez Tajpejską Orkiestrę Symfoniczną. Miał on miejsce w piątek 20 lutego.
Zgromadziło się sporo ludzi, a jeszcze więcej nerdów*. Wykonano kawałki między
innymi z Mario, Legend of Zelda, Diablo 3, WoW, Final Fantasy VII, Halo 3. Ale
nie będę zanudzał faktami – o szczegółach tutaj.

Jednakże moim skromnym zdaniem, event trochę naciągany. Niby
wszystko fajnie, ale czegoś bark. Za dużo w tym wszystkim gadania, konkursów i
podlizywania się publiczności przez ojca prowadzącego, która z racji swej (w
większości) nerdowości nie dawała się porwać byle gadce szmatce. Co jeszcze…
wspomnieć trzeba, że muzyka, jako pochodząca z gier nie nadaje się na koncerty
plenerowe, pobawić się przy czymś takim ciężko, a przekrój przez cały gatunek
powoduje pewnego rodzaju miszmasz nie służący jej kontemplacji.

Pomimo tych wszystkich wad, były to 2 godziny naprawdę
dobrej muzyki, a niektóre utwory po prostu wgniatały w ziemię. Wartało to
przeżyć i tego doświadczyć, było to naprawdę coś ciekawego.

Na deser 3 foty:

  1. Widownia – cała masa śmiesznych ludzi*

  2. Człowiek będący elementem gry Space Invaders i orkiestra
przygrywająca mu do potyczki


  3. Znak naszych czasów – koniec z zapalniczkami, czas na
komóreczki

  


  • RSS