lba blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2009

Bo generalnie chodzi o to, że trzeba mieć co najmniej tuzin
zdjęć z najpiękniejszym wschodem słońca w tle. A delektowanie się czymś takim, jak
obserwacja samego wschodu jest dla mięczaków, nie wspominając o tym, że jest
bardzo NIE chińskie! No!

A oto i słońce, co wzeszło. Sam proces wyłaniania się zza
horyzontu obserwowałem bacznie i na własne oczy. Przy okazji nauczyłem się
robić zdjęcia, na których słońce zostało „gwiazdą”.

Aby obowiązków stało się zadość: Alishan to park widokowy, w
którym można znaleźć drzewa pamiętające poprzednią erę. Sam park położony jest
na wysokości 2500m n.p.m., otoczony prawie-czterotysięcznikami.

[więcej zdjęć: tutaj]

Na NTU (moim uniwerku tutejszym) działa podobno ponad tysiąc
klubów. Klub to takie coś, co skupia ludzi lubujących się w podobnym zajęciu. Porównać
to można do naszcy organizacji studenckich, kół naukowych itp. Różnica jest
jednak znacząca pomiędzy tym co znane z polskich uczelni. Tutaj klubem może być
grupa znajomych lubiąca np. czytać wspólnie Biblię, hodować kozy, czy grać w
cymbergaja.

Jest też klub kaligrafii. Można się tam trenować w sztuce
pisania chińskich literek. To niesamowita szkoła dyscypliny i cierpliwości. W
życiu nie przypuszczałbym, że tak trudne może być pociągnięcie prostej poziomek
„kreski”. Nie wspominając już o tym, że sama kreska, kresce nie jest równa, bo
tych można naliczyć kilka rodzajów.

Zdarza mi się chodzić na ich spotkania, co piątek. Nie
powiem, ciekawe doświadczenie.

Zdjęcia poniższe pochodzą z wernisażu tego właśnie klubu,
który odbył się zeszłym tygodniem.
[więcej zdjęć tutaj]

Tajfun

1 komentarz

Miał podobno przyjść dzisiaj, a nie przyszedł. I znowu są 33
stopnie celsjusza, całkowite zachmurzenie i 80% wilgotności. A to dopiero
początek lata.

Swoją drogą, jak powiedziała moja nauczycielka chińskiego:
„tajfun i porządne trzęsienie ziemi to coś, co trzeba przeżyć”. Właśnie! Słowo: przeżyć,
wydaje się kluczowym.

 

Dwa i pół tygodnia po powrocie, już na zimno, już z dystansu
– piszę! Będzie kilka części, bo oczywiście nie-mam-czasu.

1. Dżungla
Wciąga i fascynuje. Skrzeczy i wyje. Szumi i jęczy. Jest jak
mgła pełna dźwięków, która przelewa się przez płoty, balustrady i okna, której
nie zatrzymają żadne drzwi. Nocą jest jak otchłań. Jest wszędzie. I wiesz, po
prostu wiesz, że coś na Ciebie patrzy…

2. Życie w dżungli
Zajmuje każdą dostępną niszę. Wszystko zjada wszystko. Liczy
się tylko przetrwanie i bezwzględna skuteczność.

Przekonał się o tym pewien mały i wychudzony kotek. Łaził tu
i ówdzie po ganku naszego hostelu (w Batat) i okolicznych zakamarkach.
Gdzieś poszedł. Po pół godzinie wrócił we krwi, ze śladami zębów i pazurów na grzbiecie.
Zdarza się. Ciekawe czy wyżył…

3. Życie i przedsiębiorczość w Manili (kolejna dżungla)
Zajmuje każdą przestrzeń, każdy zakątek miasta, każdą możliwą aktywność. Każdy kto ma wolę walki, chęć przeżycia- walczy, sprzedaje, produkuje, przewozi… cokolwiek!

Masz kawałek piwnicy koło dworca autobusowego? Genialnie!
Otwórz tam kibel dla podróżnych. I już zarabiasz! Kasujesz po 2 peso za siku i
5 peso za kupkę. Oczywiście marketing bardzo wskazany. Możesz zachwalać swoje
miejsce np. tak: „It is very,
very, but very clean! Come and pee!”

4. Kible
Papier, po co komu papier toaletowy? System składa się z:
- kibelka, taka miniaturowa muszla klozetowa, koniecznie bez
deski i bez spłuczki oczywiście
- wiadro duże, do którego doprowadzony jest kranik z wodą,
- nabierak pływający sobie chyżo w wiadrze dużym.

Jak tego używać?
… oprócz tego, że zło które wyjdzie z nas zalewa się obficie
w celu spłukania… to nie wiem. Miałem papier, dobrze mi z tym.


  • RSS