lba blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2009

1. Szkoda czasu na moczenie kija
    / przystań w jakimś miasteczku nad Sun Moon Lake /

2. Po prostu budzi sympatię
    / przystań w jakimś miasteczku nad Sun Moon Lake /

3. Wszystkiego pięknego z okazji śniadania!
    / przystań w jakimś miasteczku nad Sun Moon Lake /

4. Zrobiona w pokojówkę?
    / Taichung /

5. Bo to dobre jedzenie jest!
   
/ Taichung /

6. A na deser, prawdziwy HIT! – Cokolwiek.
    / Taichung /

na Mostq

1 komentarz

W Dan Shui wybudowano swego czasu most. Nie byłoby w tym nic
nadzwyczaj dziwnego, gdyby nie fakt, że znajduje się on nad malutką przystanią,
w której niczego nie ma, łącząc molo, które jest jednocześnie falochronem z
niczym nie wyróżniającym się nabrzeżem tejże przystani. Most jest ładny, estetyczny i zgodny z najnowszymi trendami
w budowie mostów. Ma ze sto kilkadziesiąt metrów długości. Jest również dosyć wysoki. Jest atrakcją turystyczną, która co weekend przyciąga
kilkanaście tysięcy ludzi, do miasteczka, które się niczym nie wyróżnia-
położonego na północ od Taipei, nad Morzem Południowo Chińskim. Miasteczko ma
też nocny targ – nastawiony na turystów głównie. I tak biznes się kręci: most przyciąga ludzi, którzy po jego
zwiedzeniu kręcą się po nocnym targu kupując i jedząc to i owo, tworząc
turystyczny klimat w zupełnie zwykłym miejscu, a potem zachęcając do tego
samego znajomych.

Do czego zmierzam? Do dwóch rzeczy mianowicie.
Po pierwsze: nie wszystko co na tej wyspie jest, jest tak
naprawdę warte zwiedzenia. A nawet, idąc dalej… mało co…
A po drugie: tajwańczyk potrafi uprawiać marketing
turystyczny, pytanie tylko: dlaczego w Polsce jest taka partyzantka? QQ

Mostq we włsnej osobie:

…i z profilu:

I kilka innych zdjęć:

1. Przewodniczki na tropie:

2. Nocny targ


 

3. Stylowo pomalowany budynek mieszkalny. Na uwagę zasługuję również z tego względu, że jest CZYSTY.

Jest taka teoria o szoku kulturowym. Mówi ona o czterech
jego etapach, a konkretnie o: fascynacji, irytacji, adaptacji i pełnym
przystosowaniu. Obecnie przechodzę, chociaż może odpowiedniejszymi słowami byłyby:
„znajduje się” w fazie drugiej. Mam też przedziwne wrażenie, że już w niej
pozostanę. Niemniej, nie zamierzam wylewać tutaj swoich żalów wprost…
Przedstawię jednak pewną wizję, pewne marzenie, tak zwiewne
i ulotne, tak mistyczne i misterne, że wszystko co szeptem nie jest może je
zniszczyć i w pył przemienić. Idea ta, bo ideą trzeba to nazwać, zrodziła się podczas rozmowy z
Cycaszkiem na gg, który siedząc to na wymianie w Egipcie podobne przeżywa bóle.

Oto i Idea!

Stwórzmy kraj!

Ale żeby pobudzić najpierw zmysły, zacznijmy od wyobrażenia
sobie woni nagich, spoconych, brudnych arabów, palących shishe w dusznym i
małym pomieszczonku na tyłach kafejki. Aby pieszczoty zmysłów było więcej idźmy
dalej! Dorzućmy do tego sos sojowy, tofu i kupę ryb? Załóżmy, że kupa ryb to
wszystko co z morza wyciągnięte zostało, kiedyś żyło, teraz już nie żyje.

Dalej! Wprowadzimy tam wszystkich żuli świata, niech będzie
to taki tygiel międzykulturowy- kupa arabów, kupa chińczyków, kupa ryb i
ciapaci i murzyni i Zielony (niczym wisienka na torcie).

I w tym tyglu będą się warzyć wszystkie zapachy.

I musi być ciepło.

I bez klimy.

I żeby psy i koty tam szczały.

I tanie neony i prąd będzie, żeby wszystko napieprzało
kolorami, światłami i dźwiękiem.

I komary.

I dla każdego skuter bez tłumika i z wielkim klaksonem.

I jeszcze beczkę kiszonej kapusty jako odświeżacz do
powietrza.

I szczerbatego dziada bez nogi co sprzedaje chusteczki za
rogiem (z tym że brudne).

I pogrzebowe ciężarówki z grajkami na pace, całe w kwiatach oczywiście.

Niech będą tylko dziury do srania zamiast ubikacji i kosze
na zużyty papier (taki element białoruski).

To jeszcze nie wszystko!

Niech wszyscy mieszkają w przynajmniej trzydziestopiętrowych blokach, wybudowanych ściana w ścianę. Na klatce każdego będą spać żule, a dzieci będą
sikać w piwnicy. Na strychach będą gołębniki i wszystko będzie oblepione
ptasimi odchodami (specjalnie dla fanów Krakowa).

Niech będą hałdy i bieda szyby. Niech zakłady pozamykane od
czterdziestu lat się walą i straszą.

I PGR*!

A w nim hodowla małży bo to pięknie pachnie

i wielkie suszarnie glonów

I starzy ludzie, którzy z niekrytym rozrzewnieniem wspominają
jak to pięknie było za komuny.

I milicja w dużych fiatach.

I jeszcze rzeźnie w bocznych i brudnych uliczkach.

I wielbłądy.

I krowy na ulicach.

I szczurów dużo.

I ciapanych.

I dzieci, które będą się bawić zdechłymi szczurami…

… a potem je jeść.

I pociąg, w którym można spotkać wszystkich i wszystko-
zarówno w środku jak i na dachu.

I wozy zrobione z byle czego ciągnięte przez małe osiołki.

I wszędzie walające się śmieci z fast foodow i puszki po
coli.

I brak kanalizacji, a zamiast tego szambiarki jeżdżące tu i
tam, ciągnięte przez zdezelowane traktory albo muły.

 

Amen.

I świat nabiera kolorów…

 

P.S. (*) specjalnie dla fanów PGRów.

Żniwa w Bieganowie ’73

1. Pedał wbity w ziemię – dosłownie i w przenośni.
    / Taipei – gdzieś przy ścieżce rowerowej /


2. Shwartz, mydło i powidło. Czy coś tu nie gra? .. czy tylko mi to nie pasuje…
    / Taipei – jakiś sklepik na dworcu głównym /


3. Przejście surowo wzbronione! (niedotyczy personelu)
    / Jinguashih /


4. Kamień do testowania i rozgrzewania świdra
    / Jinguashih – była kopalania złota /


5. Typowe ludowe klapki trzyosobowe
    / Jioufen /


6. Buciki dla piesunia, żeby mu łapki nie ubrudziły się:D
    / Dan Shui /


7. Tradycyjny strój zamiatacza ulic. Szczególną uwagę proszę zwrócić na jego ochronno-obronny kapelusik! ;)
    / Dan Shui /

   

1. I wszystko jasne.
    / Dan Shui, ale wszędzie tego pełno /


2. Permamentna inwigilacja
    / Jinguashih /


3. Gdyby ktoś chciał po schódkach na rowerze – ścieżka rowerowa zakończyła się barierką, tabliczką i ostrymi schodami o szerokosci 1 metra
    / Taipei /


4. Brzmi swojsko? Pytanie: skąd się ta nazwa wzieła? Może google?
    / Jioufen /

Ponieważ miało to miejsce 2 tygodnie temu, a dokładniej 21
lutego tj. w sobotę, czyli dosyć dawno, a pamięć ludzka to rzecz ulotna, nie
wspominając o tym że już późno, a mi się po prostu nie chce, napiszę tylko
tyle. Byliśmy na nagraniu jednego z odcinków tajwańskiej edycji Idola.

Uwagi moje i spostrzeżenia:

- Masówa. Ilość zawodników która brała udział w odcinku (28*)
ile już wcześniej przeszło dalej.. i ilość osób, która w tym odcinku odpadła
(3) świadczy o tym., że Tajwańczycy naprawdę lubią śpiewać i ten program będzie
trwał jakiś rok :D

- Jury. Niby jadą po uczestnikach (mimo braku zrozumienia
mandaryśnkiego – wiem to!), ale puszczają ich dalej.. show musi trwać. Są
panami łączącymi niebo z ziemią – cisza – nikt nie ośmieli się zabuczeć,
odpyskować, cokolwiek! (był wyjątek) – w Polsce by to nie przeszło :P

- Tandeta. Nigdy bym nie przypuszczał, że dekoracje telewizyjne
są aż tak papierowe, tak taśmą połatane, tak uszkodzone. Wywołuje to na początku
zażenowanie – gdzie ja jestem? – potem strach – czy to się na pod nimi nie
zawali? – a potem się okazuje że w TV wygląda to całkiem całkiem.

- Brzydkie słowa. Z Adamem przeprowadziliśmy pewną prowokację.
Niestety nie słychać nas krzyczących na widowni w ramach oklasków i ogólne
uwielbienia.

- Pościelówy. Hipoteza Adama – nie da się śpiewać niczego
innego po mandaryńsku, bo wypada się z tonów i język staje się bełkotem. Taka
to romantyczna nacja:)

    * Tak, program trwał 3 godziny, a nagranie 5.

A teraz czas na foty i filmy:

1. Nasza ekipa wyznawców Benji’ego (bo żeby wejść trzeba być
fanem!). Benji był zapewniony przez Austryjaka pewnego, który był kolegą
Tajwanki (która podaje się za Australijkę) i mieszka na 2 piętrze naszego akademika,
i zaprosiła nas w ramach supportu wyżej wzmiankowanego Benji’ego. Proste? (MY = Film = minuta 6:42)

2. Prowadząca (a raczej prowadzący :P) i nasz ukochany Benji (Benji = film = minuta: 4:30)

3. Śpiewająca dziewczynka. Prawda że ma krzywe nogi? :P


  • RSS